Myślę, że Betlejem było w moim życiu od zawsze. A już na pewno od kiedy jako mała dziewczynka zobaczyłam światło lampionu na ścianie w ciemnym kościele.To był jeden z tych niewielu dni, kiedy udało mi się wstać na roraty. Poza tym działała na mnie ta magia zaklęta była w kolędach z dzieciństwa, a potem w pieśniach u Dominikanów, które pachniały Krakowem i Jerozolimą jednocześnie. Dopiero na studiach zawzięłam się w sobie, żeby zrywać się z łóżka nad ranem i cichaczem wmieszać się w chór na roratach.

Poza tym nigdy nie chciałam pojechać do Ziemi Świętej. Wolałam nadal wyobrażać sobie Betlejem tak, jak adwentową stajenkę w kościele. Jakieś ustronne miejsce, stajnia, a nie w grota, a na małych choinkach (!) kawałki waty, taki jakby śnieg – co przecież nie ma sensu biorąc pod uwagę klimat w Palestynie. Gdyby nie to, że studiowałam język arabski i trafiła mi się okazja pracy w ramach wolontariatu, może w życiu bym tu nie przyjechała. Teraz jestem już któryś raz.

Dla wielu Betlejem to tylko kilka linijek w Ewangelii.
A może istnieje tylko na kartkach świątecznych?
Być może już go nie ma, tak jak nie ma innych starożytnych miast albo pozostało tylko małą, niepozorną wioską?
A może zawsze było tylko legendą?
Być może Betlejem to taka tęsknota za szczęściem rodzinnym, kojarzy się z choinką, śniegiem, lampionami i czyimś uśmiechem –
a może to takie miejsce, gdzie przez większość roku słońce pali ziemię, której każdy kawałek owiany jest historią kilku tysięcy lat?

A jakie jest dzisiaj?