Tylko żłób

Niedziela. Mroźny, piękny, grudniowy poranek. Piękna Msza ostatniej niedzieli Adwentu w jednym z polskich kościołów.

A pod kościołem mała dziewczynka na klęczkach, z papierowym kubeczkiem w ręce. Czy jest na świecie ktoś, komu pomaga się trudniej, niż takim, jak ona? Wszyscy wiemy, jak to działa. Posłali ją na ulicę, kazali mamrotać i przynieść pieniądze. Odmienić swego losu nie chcą (czy zawsze?) A ich dzieci są tego ofiarami – bez możliwości nauki, za to z umiejętnością mamrotania.

Tymczasem w kościele atmosfera narasta. Świeczki na wieńcu zapalone, kazanie o małym dzieciątku i jak zwykle wałkowane „nie zapomnijmy o Bogu przez święta”. Słodko (byłam tam).

Nasyceni tymi pobożnymi myślami wychodzimy.

Skąd ta ironia? Bo właściwie to już sama nie wiem, jak to skomentować. Dziewczynkę widziałam już z daleka. Pieniędzy nie dam, nigdy nie daję, a już w szczególności dzieciom, bo to żadna pomoc. Za to w życiu nie przyszłoby mi do głowy, żeby jej jeszcze dodatkowo dokopać.

A mi kto pomoże?! – warknęła pewna starsza zoł… pani swoim najbardziej jadowitym głosem (być może przez tydzień ćwiczyła ten ton mówiąc o swojej sąsiadce).

Niech tatuś zarobi! – rzuciła druga patrząc na ową klęczącą dziewczynkę z góry.

Nie jęcz! – poleciła trzecia.

 

 

Dobrze, wiem, wiem. Takie antyświadectwa wiary widzimy codziennie i na każdym kroku. Ale żeby aż tak?

A więc znów choinki, ozdóbki, ciepły płaszczyk do kościoła, ciasteczka, pierożki i sianko pod obrusem. Prezenty, barszczyk, błyszczący dom…

 

a Jezusowi tylko żłób.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *