Co w nas zostanie?

Nie chcę, aby to brzmiało jakoś nadzwyczaj górnolotnie. To łatwe popaść w taki ton i tak sobie gawędzić o tym, „jaki ten czas jest ważny” i „jak ważne jest, żeby zostawił jakiś ślad”. Być może czasem nie zostawia. Być może nawet opłatek nie zdziałał cudu, aby przełamać w sobie wszystkie blokady i po prostu… powiedzieć. Coś pięknego, coś bolesnego, jakiś żal, jakaś radość, niech zalega. To straszne, ale często właśnie tak jest.

Chciałabym opowiedzieć o takich Świętach, które kompletnie wyrwały mnie z ramki. Te dalekie i te bliskie Betlejem.

W pewnym sensie przecież w Święta Betlejem jest wszędzie tam, gdzie chrześcijaństwo.

To było w 2011 roku czyli  w jednym z najbardziej intensywnych lat, jakie dane mi było przeżyć. Rok w Peru na wolontariacie misyjnym – innymi słowy prezent od Boga – bardzo, ale to bardzo długa historia. Może więc zaczepię się tylko o jej fragment czyli adwentowy i świąteczny upał (tam wtedy jest lato). Nic nie było „normalne”. Spędziłam praktycznie cały grudzień w jednej z małych wiosek nad rzeką Pastaza wśród dzieci budzących mnie rano poprzez pukanie w ścianę i zaglądanie przez szpary między deskami prosto do pokoju. Chciały puzzle. W wiosce była kaplica, za to nie było księdza, za to był adwentowy „wieniec” bez czegokolwiek mającego związek z gałązką choinki, za to z czterema świecami. To dla mnie był kraniec świata – drewniany dom, brak zasięgu telefonicznego, a internetu tym bardziej, brak samochodów, i brak prądu po godzinie 22:00. Zadaniem moim było dzielić życie z tymi, których tam spotkałam i spróbować dać im trochę nadziei, może też trochę zabawy, trochę pomocy w nauce i… pokazać im piękno wiary. Takiej czystej wiary ograbionej z wszelkich zwyczajów, może i pięknych, ale ostatecznie jednak tylko zwyczajów i poszukiwanie sedna.

Jakie jest sedno wiary? Wyobraźcie to sobie. Właściwie, to co o Świętach powiedzieć dziecku, które nie zna całej tej roratnio-wigilijnej otoczki i właściwie nie zna nawet różnicy między Bożym Narodzeniem a Wielkanocą? To mną rzuciło o ziemię, bo właściwie zanim cokolwiek zrobiłam albo powiedziałam, to musiałam sobie to najpierw pomyśleć.

A żeby sobie to pomyśleć, musiałam najpierw sama zrezygnować z magii Świąt i wybrać po prostu wiarę.

Wielu z nas pewnie i tak będzie czuło niedosyt – i bardzo dobrze. Myślę, że nawet jeśli zostanie w nas po Świętach sam niedosyt, to już jest dobrze. Bogu wcale nie zależy na tym, żeby nasze życie było przypudrowane cukrem pudrem. Woli, żeby działo się coś prawdziwego, coś, co nami rzuci o ziemię, żebyśmy ciągle próbowali szukać odpowiedzi.

Zgadzacie się?

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *