Betlejemskie Światło Pokoju

Artykuł został opublikowany na łamach 47/2016 numeru „Gazety Ustrońskiej”

 

Zawrót głowy. Szok. To naprawdę tutaj? Jak to możliwe? To ma być Betlejem, z którego co roku dociera do nas Światło z betlejemskiej groty? Przecież Betlejem powinno być miasteczkiem pokoju, powinno przywoływać ciepłe wspomnienia mroźnego grudnia, powinno być przytulne i rodzinne. I jeszcze kościelne dzwony. Może nawet powinno pachnieć mandarynkami i opływać w czekoladzie. Przecież zawsze takie było albo przynajmniej za takim tęskniliśmy. Tak, przyznaję – ja się zawiodłam, choć to nie oznacza, że chcę z niego zrezygnować. Moje wyobrażenia z dzieciństwa zderzyły się z rzeczywistością.

 

W cieniu konfliktów

Po pierwsze, to miejsce żyje. Nie jest tylko kawałkiem mapy w Biblii. Pełne jest jednak paradoksów. Ten symbol Rodziny funkcjonuje bowiem w cieniu konfliktu politycznego. Betlejem schowane jest za 8-metrowym murem oddzielającym terytoria Izraela od Autonomii Palestyńskiej. Mędrcy ze Wschodu przyznający się na granicy, iż „przybieżeli do Betlejem” mogliby nawet w ogóle nie zostać przez tą granicę przepuszczeni. Czasem w okolicach muru unosi się zapach gazu pieprzowego, a wtedy miasto tonie w jeszcze większych korkach, gdyż nagle jedna z głównych ulic jest zamknięta. Konflikt w mieście Pokoju – to pierwszy cios.

Wśród arabskich chrześcijan

Jednak na tym nie kończą się tutejsze paradoksy. W końcu w Polsce wielu ludzi myśli, iż „Arab” to wyznanie, a nie przynależność etniczna. Betlejem to dziś arabskie miasto, obecnie większość jego mieszkańców to wyznawcy islamu. Istnieje jednak z roku na rok mniejsza wspólnota lokalnych chrześcijan – Arabów różnych denominacji; w większości obrządku grecko-prawosławnego i katolickiego, istnieją jednak również wspólnoty ormiańskie, syryjskie, protestanckie, etiopskie. Temat ten omijam jednak szerokim łukiem – dlaczego? Dlatego iż tak się tutaj robi. Tutaj nikt nikogo nie pyta, do jakiego należy kościoła, nikt nie organizuje przepychanek na dogmaty. Małżeństwa mieszane wśród arabskich chrześcijan są na porządku dziennym. 25 grudnia wyznawcy prawosławia odwiedzają katolików i protestantów z okazji Bożego Narodzenia. 7 stycznia z kolei ci drudzy odwiedzają prawosławnych z okazji… Bożego Narodzenia. Sama pochodzę z rodziny katolicko – zielonoświątkowej, a więc ten ekumenizm jest dla mnie żywym przykładem pokory wyciągniętym prosto z Ewangelii. Jednym z najbardziej powszechnych wspólnot kształtujących młodych chrześcijan jest tutaj… harcerstwo. Centralnym wydarzeniem w ciągu roku dla wszystkich hufców są oczywiście święta Bożego Narodzenia, podczas których ulicami Betlejem przechodzą delegacje harcerzy z całego Zachodniego Brzegu Autonomii Palestyńskiej. Można ich zobaczyć w Wigilię, później drugi raz w styczniu, a potem jeszcze raz w czasie, kiedy świętują ormianie.

 

Puste domy

Druga strona medalu jest jednak mniej bajkowa. Nad drzwiami wielu domów na Starym Mieście w Betlejem wmurowany jest kamień z wyrzeźbionym krzyżem. Drzwi te jednak często są zamknięte na cztery spusty, podobnie jak i okna, całe ulice. Stare miasto świeci pustkami. Gdzie te małe sklepiki i gwar? Wiele chrześcijańskich rodzin wyemigrowało, jednak domów nie sprzedało. Może z nadzieją powrotu? Może dlatego, aby w tym miejscu pozostał chociaż ślad chrześcijaństwa – choćby ten kamień nad drzwiami. Trudna codzienność malejącej wspólnoty zamkniętej za wysokim murem – to przygnębiające. Pomimo tego, to tutaj zapalono Światło Pokoju, jak co roku. Później przebyło długą drogę przez różne kraje, aby trafić do Polski, do naszych kościołów i domów. Mimo wszystko jest w tym spora dawka nadziei.

 

Nadzieja dla skłóconych serc

Podobne refleksje dosięgnęły pewnie wielu innych pielgrzymów, którzy dotarli do Betlejem. Takie wewnętrzne „to nie tak miało być”. Jednak wielu z nas czuje to pomimo tego, że nigdy tu nie byli. Ile jest takich osób, które nie lubią Świąt, gdyż są dla nich przygnębiające? Często nasze serca są tak samo zamurowane i pełne konfliktów jak Betlejem i czujemy to ze zdwojoną siłą właśnie w Boże Narodzenie. „To nie tak miało być, miałem przytulić swoją żonę, a nie potrafię”. „Miałam przestać kłócić się z mamą, ale między nami jest ogromna przepaść”. „Babcia miała ubrać swoje czerwone korale i przyjść do nas, choć od miesiąca z nią nie rozmawiamy. To ona powinna zadzwonić!” I tak dalej. Znów chcieliśmy dobrze i znów zaoferowaliśmy Chrystusowi tylko żłób, nieprzygotowane, pełne konfliktów serce. Ale kto powiedział, że Boże Narodzenie musi być cukierkowe, aby było prawdziwe? Dzisiejszemu Betlejem daleko jest do spokoju kościelnej stajenki, a mimo to właśnie w takim Betlejem jak co roku zapalono Światło Pokoju. Może więc w sercu również?

Wtedy jest Boże Narodzenie

Zawsze, ilekroć uśmiechasz się do swojego brata

i wyciągasz do niego ręce,

jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy milkniesz, aby wysłuchać,

jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy rezygnujesz z zasad,

które jak żelazna obręcz uciskają ludzi

w ich samotności,

jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy dajesz odrobinę nadziei „więźniom”,

tym, którzy są przytłoczeni ciężarem fizycznego,

moralnego i duchowego ubóstwa,

jest Boże Narodzenie.

Zawsze, kiedy rozpoznajesz w pokorze,

jak bardzo znikome są twoje możliwości

i jak wielka jest twoja słabość,

jest Boże Narodzenie.

Zawsze, ilekroć pozwolisz by Bóg

pokochał innych przez ciebie,

Zawsze wtedy,

jest Boże Narodzenie.

Matka Teresa z Kalkuty

(fot. Elias Halabi)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *